Bł. Ks. Richardo Gil i Postulant Antonio Arrue

Błogosławieni ksiądz Ricardo Gil i postulant Antonio Arrue należą do grupy 522 męczenników, ofiar prześladowań antykatolickich okresu hiszpańskiej wojny domowej, zamordowanych w latach 1936-1939, beatyfikowanych w Taragonie 13 października 2013 roku.

O. Ricardo miał 18 lat, gdy stracił wszystkich bliskich i wszystko co miał. Depresja, jaka go dopadła, zaciągnęła go w dół rozpaczy. Najgorsze, że został zupełnie sam. Wbrew swojej woli, dwa razy lądował w szpitalu dla obłąkanych. Zawsze uciekał. Ostatni bieg zakończył świętością.

Wywlekli ich z samochodu na plażę. Ojciec Ricardo szedł z przodu. Wymachiwali bronią, krzyczeli. Skrępowany mocnymi więzami Antonio patrzył, jak jeden z bandytów, trzymając broń przy głowie zakonnika, kazał mu zawołać „Niech żyje F.A.I” (od red.: Federación Anarquista Ibérica – jedna z milicyjnych bojówek). Inaczej czekała go śmierć. Zawołał „Niech żyje Chrystus król”. Oprawca przeładował broń.

Życie w mgnieniu oka

Mówią, że są takie momenty w życiu człowieka, kiedy przed oczami staje cała nasza przeszłość. Antonio mógł zobaczyć w tej chwili po kolei śmierć matki, siostry, ojca, utratę dobytku rodzinnego, samotność i beznadzieję, a przede wszystkim mroczne chwile w szpitalu dla chorych psychicznie. Przebłyski światła przypominały mu czas spędzony w Walencji u boku o. Ricardo. Ubóstwo było ogromne, ale ubóstwo wcale nie było nowe, ani straszne. Tutaj miało sens, a dzielenie się z innymi wszystkim, co się ma, przyniosło radość. Przy o. Ricardo znalazł swoje miejsce na świecie. I nadzieję na lepszą przyszłość. Praca, jaką tam wykonywał, przekonała go wreszcie, że jest wartościowym człowiekiem. Zaczął się podnosić, rozwijać. Pojawiły się marzenia. Tyle razy przechodziło mu przez głowę, że chciałby pojechać na misje, stać się sługą ludzi i Ewangelii. Wielu ludzi przychodziło do nich do domu, gdzie drzwi były zawsze otwarte. Nie lękali się włamań, ani kradzieży. Dlaczego? Nie było co u nich ukraść.

Na progu powołania

Ojciec Ricardo przedstawił sprawę powołania Antonia założycielowi Małego Dzieła Boskiej Opatrzności – ks. Alojzemu Orione. Wkrótce miał przystąpić do nowicjatu. Wszystko pokrzyżowały zamieszki w jego ojczystej Hiszpanii. Zupełnie nie mógł zrozumieć czemu ci ludzie traktowali chrześcijan z tak wielką nienawiścią. Czego chcieli, czemu nie podobało im się to, co robią, dlaczego nie mogli ich zostawić w spokoju? Jak w kronice filmowej przewijały mu się liczne twarze sąsiadów, biedaków, przybłędów, którzy zupełnie tak samo jak on, znaleźli schronienie i pomoc w tym „namiocie” Boskiej Opatrzności, pielęgnowanym rękami ojca Ricardo. Wielu z tych biedaków stawało murem w jego obronie za każdym razem, gdy pojawiały się grupy „milicji”, czy samochody F.A.I. Tym razem się nie udało. Został osamotniony, wyrzucony na plażę przez brutalną burzę domowej wojny. Całym sercem był jednak przy o. Ricardo. Jak bardzo – pokazał na ostatniej prostej.

Antonio mógł zobaczyć w tej chwili po kolei śmierć matki, siostry, ojca, utratę dobytku rodzinnego, samotność i beznadzieję, a przede wszystkim mroczne chwile w szpitalu dla chorych psychicznie.

Ostatnia prosta

Kiedy huk wystrzału wstrząsnął powietrzem, Antonio choć na początku ogłuszony, szybko oprzytomniał i rzucił się do przodu. Zaskoczeni napastnicy nie zdołali go powstrzymać. Przypadł do ciała zakonnika. Nie mogli sobie już niczego powiedzieć, żadnych ostatnich słów, nie było żadnego pożegnania. Kula rozerwała głowę ojca Ricardo. Antonio nie oglądał się za siebie, więc nie widział podbiegającego bandyty, nie widział unoszącej się w górę broni, ani kolby opadającej z wielkim impetem na jego głowę. Ostatnią rzeczą, którą usłyszał od swojego przyjaciela było: „Niech żyje Chrystus Król!” i  z takimi słowami weszli do Królestwa. Razem!

Źródło: www.orione.pl