Ks. Stanisław Świderski

Ks. Stanisław Świderski

To było kilka zszytych kartek. Nawet nie zeszyt. Ksero maszynopisu. Przeczytałem je jednak jednym tchem. Gdy kończyłem, pomyślałem, że ten gość to idealny materiał na film pt. „Indiana Jones w sutannie”, albo „Św. Filip Neri – Powrót Mocy”. Jego historia po prostu wciska w fotel. Ks. Stanisław Świderski – oriońska legenda. Zapnijcie pasy, bo potężne ramię Opatrzności Bożej się nie skróciło.

Centrum Warszawy, dobra kawa. Ucieszyłem się na jego widok bardziej niż potrafiłem to okazać. Spotkanie z przyjacielem z lat młodości zawsze rodzi wiele pytań i zaskakujących odpowiedzi. Gdy wspomniałem, że piszę trochę w magazynie księży orionistów, nagle jego twarz się odmieniła. „Orionistów?” – zapytał, po czym zadzwonił do swojego ojca. „Tato, twój stryjek Stanisław to w jakim był Zgromadzeniu?” – zapytał. „Ale numer, orionista” – kręcił głową, wracając do rozmowy ze mną.

„Chłopie, to jest człowiek legenda” – dodał. Po kilku tygodniach spotkałem się z jego krewnymi i od nich otrzymałem wspomnianą we wstępie broszurkę z życiorysem
ks. Świderskiego. I tak oto wsiąkłem w tę historię.

Czym skorupka za młodu

Świdry to miejscowość koło Łukowa w Diecezji Podlaskiej. Tu rozpoczyna się akcja tej sensacyjnej opowieści. Państwo Świderscy trudnili się rolnictwem. W aktach naszego bohatera czytamy: „Ksiądz Stanisław Świderski – syn Antoniego i Marianny – rodziców, którzy oprócz niego mieli jeszcze sześcioro dzieci: Edwarda, Sylwestra, Władysława i jednego syna, którego zabił prąd, oraz Helenę i Zofię – urodził się 29 maja 1918 r. w Świdrach. Tego samego dnia został ochrzczony w kościele parafialnym Przemienienia Pańskiego w Łukowie”. W miarę ustabilizowane, ale i pracowite życie rodziny dramatycznie się zmieniło, gdy Staszek miał siedem lat i szykował się do I klasy szkoły podstawowej.

W wyniku pożaru, w mgnieniu oka stracili dom i niemal cały dobytek. Do szkoły chodził w pożyczonych butach. Mimo tego nieszczęścia i wielu trudów i prac, dzieciństwo wspominał jako beztroski czas na łonie kochającej rodziny. Miał też jasno określony cel. „Już od dzieciństwa – napisał w życiorysie – coś mnie pociągało do stanu duchownego. Ubiór kapłanów i ich czynności. I do dziś dnia z tą myślą się noszę. To moje pragnienie pogłębiły listy mojej siostry (Zofii), która wstąpiła do nowicjatu sióstr loretanek”.

Orioniści i wojna

W 1937 r. został przyjęty do I klasy gimnazjalnej w Niższym Seminarium Duchownym księży Orionistów w Zduńskiej Woli, gdzie zaliczył dwie klasy. Lato 1939 roku upłynęło mu jak poprzednie – na pracy w rodzinnym gospodarstwie. Czas był jednak niespokojny. Zbliżała się okrutna II wojna światowa. Na początku września alumn Stanisław do swojej uczelni nie powrócił. Właściwie nie miał po co. Został w domu, przeżywając los ojczyzny i czekając na dalszy bieg wypadków. W dokumentach jest notatka, że wydano mu świadectwo gimnazjalne w związku z poborem do wojska, do którego jednak nie trafił. W pamięci rodziny zachował się taki oto obrazek z tamtych czasów: „Jak tylko wojna wybuchła to pseudopartyzanci napadli na dom rodzinny stryjka w Szczygłach Górnych, gdzie od dłuższego czasu mieszkali – opowiada bratanek księdza, Stefan Stanisław Świderski. – Do chałupy weszło ich dwóch. Stryj skoczył pierwszemu na plecy, żeby go obezwładnić, ale za nim pojawił się drugi. Rzucił stryja na ziemię, przystawił mu pistolet do głowy i pociągnął za spust. Strzał jednak nie padł. Pistolet się zaciął. Babcia tymczasem pobiegła po pomoc. W całym tym harmidrze pojawił się jeszcze jakiś Niemiec. Zaczęła się strzelanina. Najciekawsze jest to, że w tej wymianie ognia ów pistolet działał. Dla mnie to nie jest zwykła mechanika broni, ale siła wyższa. Bóg go osłaniał – stwierdza bratanek. Takich dziwnych przypadków będzie w jego życiorysie bardzo wiele.

Tortury i zsyłka

W domu ciągle mówiono, że powstaje partyzantka i że gen. Władysław Sikorski na obczyźnie tworzy wojsko polskie. W tym też domu, w którym „od zawsze” panował duch i nastroje patriotyczne, miało paść, prawdopodobnie z ust ojca: „A ty się nigdzie nie wybierasz?” To wystarczyło. Z początkiem roku 1940 Stanisław postanawia, że ruszy przez tereny zajęte przez Sowietów i Węgry i zaciągnie się do wojska Sikorskiego na Zachodzie. Jak napisał w brudnopisie ks. Jan Borowiec, przygotowując krótki życiorys ks. Stanisława, miał on wyjść z domu nocą i bez pożegnania się z kimkolwiek. Jak potem opowiadał, na drugą stronę Bugu przepłynął z rowerem na plecach, ale oczywiście przeliczył się. W Terespolu został ujęty przez graniczne jednostki sowieckie i osadzony w Brześciu, gdzie Sowieci, żeby wymóc na nim zeznanie, wozili go po oranym polu leżącego w ciężarówce. Nie przyznał się do niczego. Podejrzany o szpiegostwo dostał wyrok dziesięciu lat więzienia w Rosji. I tak znalazł się w obozie pracy czy – jak sam potem napisze – w obozie koncentracyjnym, gdzie pracował przez dwa lata. Tacy ludzie, jak on, w takich właśnie obozach chodzili do pracy pod eskortą. Bywało, że eskortujący wyznaczał teren, tworzył linię demarkacyjną, której nie wolno było przekroczyć. Pewnego dnia w trakcie budowy torów kolejowych jeden z więźniów bezwiednie przekroczył taką linię i został zastrzelony przez konwojenta bez ostrzeżenia jako uciekinier. Ksiądz Teofil Górny pisze, że miejscem zesłania była Uchta – miasto w Rosji europejskiej. Nie jest wykluczone, że został on z tego miasta przewieziony także do innego ośrodka na Syberii. O jaką pracę natomiast chodziło, nie wiemy. Same obozy jednak mało się między sobą różniły, jeśli chodzi o traktowanie więźniów

i standardy higieniczne. Zapluskwione, brudne, odzierające z godności i nadziei. „W jednym z takich obozów, bądź jeszcze w celi więziennej chciał sobie zrobić igłę, żeby sobie pozszywać ubranie” – opowiada bratanek księdza. – „Wziął dwa druty i pocierał nimi, żeby zrobić ucho do igły. Ta zaradność nie spodobała się strażnikowi, który podpatrzył go przez judasza. Skazano go za to na bunkier śmierci, z którego nikt nie wychodził żywy. Bunkier miał tylko dwa otwory: dolny i górny. Ciąg powietrza od góry do dołu schładzał więźnia tak szybko, że ten umierał w ciągu kilkunastu godzin. Stryj spędził w nim koło doby. Gdy strażnik otwierał bunkier, przekonany, że wyjmie trupa, zakrzyknął tylko: To ty jeszcze żyjesz!?. Po pewnym czasie wraz z czterema towarzyszami niedoli uciekł z obozu. Przemieszczał się w wagonie z węglem. Na jednej ze stacji zobaczył polskiego żołnierza. Wyskoczył i od razu pyta: Co ty tutaj robisz, w polskim mundurze?. A co – nie słyszałeś? Anders organizuje armię – odparł żołnierz” – relacjonuje pan Stefan.

Wojsko polskie na obczyźnie

Sytuacja formowanej przez gen. Władysława Andersa Armii Polskiej w Rosji była jednak dramatyczna. Wprawdzie w październiku 1941 r. liczyła już ponad 40 tysięcy ludzi, to jednak wraz ze wzrostem liczebności narastał głód. Polacy często otrzymywali połowę racji żywnościowych, a mimo mrozów sięgających 40 a nawet 50 stopni, mieszkali w namiotach, odziani przy tym w łachmany. Jakby tego było mało, dzielili się prowiantem z coraz liczniejszą grupą Polaków, która wracała z wygnania z głębi Rosji. Wśród nich było niemal 18 tysięcy dzieci. Wysoka śmiertelność, wyniszczające warunki i ciągła groźba wysłania nieprzygotowanych żołnierzy polskich jako mięso armatnie na front – tak polską rzeczywistość w Rosji Stalina widział generał Anders. „Pozostanie w Rosji musi skończyć się dla wszystkich Polaków całkowitą zagładą” – stwierdził dobitnie, podejmując decyzję o ewakuacji swoich ludzi z „nieludzkiej ziemi”. Czekał tylko na okazję. Ta nadarzyła się bardzo szybko. Dywizje niemieckie podchodziły właśnie pod Moskwę. Stalin wydaje zgodę. Gigantyczna operacja logistyczna ruszyła. W czasie ewakuacji przeprowadzonych w 1942 r. do Iranu wysłano ponad 115 tys. osób (łącznie ze wspomnianymi wyżej dziećmi), w tym blisko 78,5 tys. żołnierzy. Wśród nich był także Stanisław Świderski. Po zagojeniu się ran i odmrożeń żołnierze ruszają dalej. Kolejny etap: Ziemia Święta, gdzie nasz bohater przygotowywał się do prowadzenia wojny jako saper II Korpusu, 10 Batalionu Saperów, 8 Armii Angielskiej. Był też wśród tych, którzy w Jerozolimie pozostawili pomnik swojej wiary – czwartą stację Drogi Krzyżowej. Tu kończy się jedna wersja wydarzeń. Jak na prawdziwego człowieka-legendę przystało, jest też druga wersja:

„Stanisław podczas przejazdu pociągiem w wagonie bydlęcym miał uciec przez otwór w podłodze, który służył za ubikację. Znalazł się w szarym polu, gdzie tylko rosły ogórki. Tam wiatr przyniósł kawałek gazety, w której była mowa o organizowaniu wojska przez gen. Andersa. Wiedząc o tym udał się pod wskazanym adresem i do wojska dotarł” – czytamy w notatkach ks. Bronisława Majdaka.

Pod ostrzałem

Na początku roku 1944 (z przesiadką w Egipcie) staje do walki z Niemcami na ziemi włoskiej. Powoli dociera do Monte Cassino, z którego wieje już grozą. Patrzy na bezskuteczne, opłacane ciężkimi stratami ataki aliantów na pozycje bronione przez wyborowe wojsko niemieckie. Wielkie operacje aliantów kończą się krwawą łaźnią. Dywizje jedna za drugą dosłownie znikają z powierzchni ziemi. Brama Rzymu – jak określano Monte Cassino – to przede wszystkim siatka pancernych umocnień, naszpikowanych ciężkim uzbrojeniem i minami. Niemal każdy krok to pułapka. Statystyki wszystkich armii walczących o to wzgórze są bezlitosne dla jednej grupy żołnierzy: w pierwszej kolejności giną saperzy, którzy muszą oczyszczać drogę dla kolegów. Świderski to widzi, dlatego gdy jego Korpus dostaje rozkaz uderzenia, ślubuje Bogu, że jeżeli szczęśliwie przeżyje wszystkie bitwy do końca wojny, wstąpi do Zgromadzenia ks. Alojzego Orione. Polskie walki o masyw Monte Cassino i Piedimonte trwały 13 dni i 20 godzin i były niezwykle krwawe. W natarciu zginęło 923 żołnierzy, 2931 zostało rannych, a za zaginionych uznano 345, z których 251 powróciło do oddziałów po zakończeniu walk. Nasz bohater w kampanii włoskiej ranny był trzy razy. Za bohaterstwo i oddanie Ojczyźnie został odznaczony przez gen. Władysława Andersa Krzyżem Pamiątkowym Monte Cassino. Przeszedł zwycięsko cały szlak bojowy II Korpusu zdobywając Ankonę i Bolonię. Po Korpusie pozostały we Włoszech dobre wspomnienia wyswobodzicieli i liczne pamiątki bohaterstwa, czyli… cmentarze. Na marginesie warto dodać, że współbracia ks. Świderskiego opowiadają, że w jednym z miast włoskich, gdy Stasiu zobaczył jak włoscy komuniści wymachiwali czerwonymi flagami, miał im te flagi powyrywać i okładać drzewcami wiwatujących. Każdy, kto przeżył koszmar sowieckiego obozu, zrobiłby zapewne to samo.

Wspaniałomyślny bałaganiarz

Tuż po zakończeniu wojny Stanisław Świderski zaczął pertraktować o sprawie swego wstąpienia do Zgromadzenia ks. Orione. Prosto z postoju swojej jednostki, jeszcze w uniformie wojskowym, udał się ponoć prosto do ks. Karola Sterpiego, przełożonego generalnego Zgromadzenia. Po uzyskaniu pozwolenia na wstąpienie do Zgromadzenia, Stanisław Świderski pożegnał się ze swoim dowódcą i kolegami, z którymi przez cztery lata przeszedł i chrzest bojowy i szmat drogi – przez Rosję, Iran, Ziemię Świętą, Egipt i Włochy. Ponieważ był człowiekiem, który łatwo zaprzyjaźniał się, pożegnanie było bardzo rzewne. Los ich miał rozłączyć na zawsze. W sierpniu 1945 r. zamienia mundur wojskowy na sutannę. Śluby czasowe składa 24 grudnia 1946 r.; wieczyste – 2 marca 1952 r., święcenia kapłańskie otrzymuje 29 czerwca 1954 r. Podczas ostatniego kursu teologicznego moderator informując przełożonych wystawił alumnowi piękne świadectwo nt. jego postępowania zakonnego: […] modli się ze skupieniem i z żarliwością; gotowy jest do wspaniałomyślnej posługi bliźnim; w powołaniu jest pewny i zdecydowany. Inny dokument mówi, że wyróżnia się gotowością do pracy i poświęcenia. Opowiadał kiedyś, że na pytanie przełożonego, jak by się określił, odpowiedział: „disordinato – bałaganiarz”. Śmiechu było co niemiara. W czasie tych studiów prawdopodobnie dojrzewało w nim pragnienie pracy na misjach w Brazylii. Pobudzać go jeszcze mógł przypadek zatonięcia dwóch misjonarzy oriońskich (księdza i brata zakonnego) podczas przeprawy przez rzekę w Brazylii zaraz na początku podjęcia przez nich pracy w misji.

Brazylia – stan Goias

W 1956 r. widzimy go już w stanie Goias (Brazylia). Znając język włoski, łatwo się uczył języka portugalskiego i porozumiewał z miejscową ludnością, ale na pewno w tych pierwszych miesiącach przeważał język serca, który go zresztą zawsze cechował. Portugalski jednak nie wystarczał: musiał się uczyć także języka tubylców – Indian Brazylijskich. Ostatecznie miał pracować na olbrzymim terenie oddanym orionistom pod opiekę przez papieża. Łącznie było to ponad 300 000 km kw. dziewiczych puszcz, w których początkowo utworzono dwie misyjne parafie na około 180 000 ludzi. Pieczę nad nimi roztaczało jedynie sześciu misjonarzy. Centralnym punktem miało być Tocantinopolis – miasto znajdujące się w nieznośnym, gorącym klimacie. Pełno było niebezpiecznych zwierząt, jak jadowite węże czy jaguary, z którymi wielokrotnie miał potem do czynienia. Lubił zresztą o tym przypadkach opowiadać, gdy przyjeżdżał do Polski. Pewnego razu np. odprawiał w kaplicy Mszę św. i poczuł jak wokół jego nogi kręci się żmija. Użądliła go i… nic mu się nie stało, ponieważ trafiła w paznokieć nogi nie tylko go nie raniąc, lecz sama się przy tym zatruła. Innym razem – to już na rzece – atakował go jaguar, zanurzając się i wypływając na powierzchnię. I gdy już miał wylądować na łódce i chwycić kłami płynącego, dostał w łeb z karabinu misjonarza.

Skąd w nim ta moc?

Pierwsza ekipa, w której pracował ks. Świderski do osiedli i wiosek docierała najczęściej pieszo lub na koniach i mułach, czy wreszcie na łodziach. W takich warunkach przeważnie nie od razu wracali do bazy, przebywając w terenie nawet kilka dni. Zbudował przy tym wiele obiektów: szpitale i przychodnie, domy parafialne i sale katechetyczne, domy formacyjne i szkoły, kaplice i kościoły. Nie czekał nigdy z założonymi rękami, lecz wszystko co mógł robił od razu. Nawet glinę na cegły zwykł wyrabiać razem z Indianami, podwijając tylko spodnie. Przede wszystkim jednak stawiał na ewangelizację, którą wiele razy mógł przypłacić życiem. „Trzeba było przemierzać na mule setki kilometrów, by dotrzeć do powierzonych swojej opiece ludzi, wiele razy głodny, trawiony żarem słońca i potwornym pragnieniem” – pisze w jednej z pierwszych relacji o ks. Świderskim Grażyna Sęp-Szarzyńska. W trakcie jednej z takich kilkudniowych wypraw zabłądził w dżungli, bez wody i jedzenia. Nie tracąc jednak ducha, choć zmęczony do ostatnich granic wytrzymałości i trawiony malarią zasypiał na drodze ryzykując życiem. A kiedy już dotarł do celu, w nocy kładł się na ubitej ziemi przed domem, by nie przerywać odpoczynku jego mieszkańcom. Przedzierając się do oddalonej o dziesiątki kilometrów wioski, czekał czasem długo na ludzi, zmęczony i głodny – podobny bardziej do żebraka niż do nosiciela dobrej nowiny. Wielu zadawało sobie pytanie: skąd ten kapłan czerpie siły do ponoszenia tylu trudów i wyrzeczeń, tylu poświęceń i oddania bez reszty bliźnim? „Wiele nocy spędzał przed Najświętszym Sakramentem, a samo oglądanie jak odprawiał Eucharystię i jak ją przeżywał z dziecięcą prawie pobożnością, była dla nas niezwykłą ucztą dla ducha” – opowiedział ks. Teofil Górny, jego wieloletni przyjaciel na misji.

Zamachowcy

Jak się okazało, łagodność i pokora polskiego księdza nie zlikwidowała w nim ducha polskiego żołnierza, gotowego bronić swoich wiernych przed niesprawiedliwością. A tej doświadczali codziennie. Największym zagrożeniem dla Indian była pazerność bogaczy, chcących bezprawnie pozbawić tych biedaków zamieszkanej przez nich ziemi. W tej sprawie wielokrotnie udawał się do władz i sam nadstawiał karku. Jego determinacja w tej sprawie doprowadziła jednak do tego, że ci najbardziej zachłanni na ziemię wydali na niego wyrok: „ma być zlikwidowany”. Niedługo potem dwóch typów spod ciemnej gwiazdy zaczęło mu chodzić po piętach. Pewnego razu jechał autobusem i czuł, że ci dwaj mają go na oku. Żeby się przedostać na drugi brzeg rzeki, wziął łódź, tamci to samo. Gdy wyszedł na brzeg, tamci za nim. I nagle jeden z nich – ks. Stanisław to słyszał – Wiesz, on brał udział w walce o Monte Cassino; wystarczy, że weźmie broń do ręki i już leżysz. To wycofajmy się – powiedział ten drugi. I wycofali się w porę. To wszystko tylko fragmenty. Flesze misjonarskiego życia. Każde spotkanie z tym człowiekiem zamykało wszystkim usta na wiele godzin, ale także odmieniało najbardziej zatwardziałych prześladowców.

To był stryjek z bajki

W liście z grudnia 1963 r. do dyrektora prowincjalnego wspomina, że wystąpił do ambasady polskiej o paszport, którego jednak nie otrzymał. Przy tej okazji napisał, że Polska potraktowała go nie jak matka, ale jak macocha. A przecież – pisał – poświęcił jej wszystko i o jej intencjach pamięta podczas każdej Mszy św. Wtedy właśnie był zmuszony prosić władze brazylijskie o paszport tego kraju. Z tym paszportem mógł odwiedzić rodzinne strony, a także groby rodziców, których stracił w czasie wojny. Udało mu się to dopiero w 1970 r. Ku zdziwieniu wszystkich, tuż po wylądowaniu, niemal z marszu poszedł z pielgrzymką warszawską do Częstochowy i tam ogłosił, że jakby ktoś był z Łukowa, to zaprasza do zakrystii. „Ktoś się zjawił i dostał obrazek z informacją kiedy do nas przyjedzie” – opowiada bratanek, który otrzymał zadanie, by wyjść po stryja na dworzec. „Jak ten stryjek wygląda?” – zastanawiałem się. – „Ze zdjęć trochę widziałem, ale emocje były ogromne… przecież to ten stryjek z bajki”. Po przyjeździe, w związku z tym, że każdy obcokrajowiec miał obowiązek zgłoszenia się, udali się we dwóch na komisariat Milicji Obywatelskiej. „Pojechałem ze stryjkiem, bo nie wiedział gdzie to jest. Jak wchodził do tego pokoju milicyjnego, gdzie miał się zgłosić, mówili mu per pan. Byli bardzo oficjalni i niemili. Słyszałem jednak, że co oni chcieli mówić o polityce, to stryjek zaczynał o polowaniu w Brazylii. Wtedy jeździłem jako pomocnik maszynisty na parowozie. Byłem po nocnej zmianie, więc się zdrzemnąłem na korytarzu, a stryj tam rozmawiał z nimi ze dwie czy trzy godziny. Gdy się ocknąłem, to słyszałem tylko opowieści stryja, a milicjanci siedzieli z rozdziawionymi buziami i słuchali jego fantastycznych historii. Kiedy wychodził z tego pokoju, to już mu mówili per ksiądz i kłaniali się nisko” – dodaje z uśmiechem bratanek.

Saper, który rozbrajał śmiechem

Bardzo lubił się śmiać i rozbawiać innych. To był jego sposób na rozbrajanie złej atmosfery i niesnasek. Opowiedziałem stryjkowi dowcip: „Jechało dwóch młodzieńców z zabawy motocyklem. Trochę sobie wypili, ale to im nie przeszkadzało. Po drodze jednak stwierdzili, że za zimno tak jechać, więc postanowili, że marynarki sobie założą odwrotnie i zapną je na plecach, żeby nie wiało na klatę. No i tak zrobili. Jadą dalej. Po drodze jednak ten z tyłu spadł. Kierowca zorientował się, że zgubił pasażera dopiero po kilku kilometrach. Zawraca i szuka kolegi. Po drodze widzi grupkę ludzi, która stoi nad kimś i coś gadają. Podjeżdża, patrzy a to leży jego kolega. Zdenerwowany pyta co się stało. Jeden z gapiów odpowiada: Leżał człowiek na ulicy i miał głowę do tyłu obróconą a jak myśmy mu ją naprostowali to niestety zmarł”. Gdy po pięciu latach stryjek znowu nas odwiedził, powiedział mi: „Twój dowcip objechał pół świata” – dodaje pan Stefan.

Świadectwa

W 1970 r. oriońską misję odwiedził ks. Giuseppe Zambarbieri, dyrektor generalny Zgromadzenia. Po powrocie do Włoch przez kilka dni mówił o pracy w tej placówce, wymieniając tylko jedno nazwisko – ks. Świderskiego. Gdy słuchacze – radcy generalni i inni współbracia, wśród których byli też Polacy, zaczęli się już niecierpliwić i mówić: „przecież tam jest więcej misjonarzy”, ks. Generał odparł „ale ja tam słyszałem tylko to nazwisko”. W tej małej biografii ks. Świderskiego to bardzo ważne świadectwo. Drugi głos, który warto w tym kontekście przytoczyć, to głos księdza Pattarello, prowincjała ks.

Świderskiego. W swoim artykule o nim prowincjał napisał takie zdanie: „Nigdzie, w żadnych okolicznościach, nigdy nikt nie odszedł od ks. Stanisława z odpowiedzią: Nie. To mogą potwierdzić w plebaniach, w których mieszkał, a w których nie było drzwi, albo, jeśli były, pozostawały otwarte, tak zresztą jak otwarty był ich mieszkaniec. Nie miał nic, na co mógłby się ktoś pokusić i ukraść. Kradzież natomiast przydarzyła mu się podczas jazdy autobusem. Miał pieniądze na kupno samochodu i podczas drzemki ktoś mu je po prostu wyciągnął z kieszeni.

Drużyna narodowa

Na marginesie warto tu powiedzieć, że już jego pierwszy pobyt w kraju zaowocował nowymi powołaniami misjonarskimi. Pierwszym był ks. Antoni Lewandowski, którego zachwycił misjonarz saper. Po nim ten rodzaj pracy wybrali także ks. Teofil Górny, ks. Janusz Orłowski i siostra Maria Aurelia Basińska. Pod koniec lat siedemdziesiątych wraz z ks. Stanisławem stanowili zgraną, dziś już legendarną, polską ekipę misjonarską, która choć rozrzucona na wielkich przestrzeniach, dbała o jedność, wspomagając się nawzajem.

Połamaniec i przyjaciel

Zanim ks. Lewandowski usamodzielnił się na misji, zatrzymał się jakiś czas w parafii ks. Świderskiego Axixá, żeby się przypatrzeć pracy „mistrza”. Między tymi dwoma kapłanami nawiązała się braterska przyjaźń, którą mogła przerwać tylko śmieć – choć i ta też pewnie nie. To właśnie ks. Antoni miał być autorem powiedzenia, że ks. Stanisław miał charyzmat łamania sobie kości. Nie było to zresztą puste stwierdzenie. Jeden z lekarzy powiedział coś więcej: „W tym człowieku nie ma kostki, która by nie była naruszona”. Jak to możliwe? Kilka dowodów zebrał ks. B. Majdak: „Pewnego razu robiąc coś w studni, żeby ludzie mieli dobrą wodę a nie czerpali z rzeki, spadł z wysokości kilku metrów na dno i skończył w szpitalu w gipsie. Innym razem coś naprawiał na kościele i „buch” na dół. I znów szpital i gips. To znów spadł z jeppem z wysokiego mostu do rzeki. Innym razem – że się tak pójdzie tym tropem – został poturbowany przez autobus i znalazł się w szpitalu”. Jak głęboka przyjaźń łączyła go z ks. Lewandowskim widać było szczególnie, gdy przywiózł go z przerzutami raka do Polski w 1984 r. Zanim jednak dotarli do ojczyzny, zatrzymali się w Rzymie, gdzie celebrowali Mszę św. z Janem Pawłem II w jego prywatnej kaplicy. Papież bardzo się wzruszył, gdy rozmawiał z chorym. W Polsce natomiast ks. Świderski godzinami przebywał w szpitalu przy łożu ks. Lewandowskiego. Przy śmierci przyjaciela jednak nie był. Zdążył już wrócić do swoich biedaczków w dżungli.

Mistrz ucieczek

Te nagłe zniknięcia stały się jego znakiem rozpoznawczym. Szczególnie to ostatnie. Gdy ostatni raz odwiedził Polskę, wszyscy chcieli go nosić na rękach i na siłę zatrzymać. Nagle jednak – kamień w wodę. Nikt nie wiedział gdzie się podział. Po dłuższych poszukiwaniach znalazł się w… Brazylii. Po prostu uciekł. Chciał być ze swoimi maluczkimi i z Chrystusem, którego w nich widział. Tak wspomina tamten czas ks. Tadeusz Błaszczyk, który poznał ks. Świderskiego będąc klerykiem: „Zapamiętałem go jako szczególnego świadka miłości Boga do ubogich. Dla mnie jako młodego człowieka świadectwo to dało głęboką pieczęć. Nie mówił nigdy o sobie, że to mu się udało czy tamto. Miał duże doświadczenie Bożej Opatrzności w misji. Niesamowita pogoda ducha. Często zastanawiałem się: skąd u niego taka gorliwość? Dziś wiem, że gorliwość ta miała swoje źródło we wdzięczności Bogu za każdą chwilę życia. Tak. Wdzięczność zawsze rodzi gorliwość a bez gorliwości nie ma ewangelizacji. Może to dla wielu będzie dziwne porównanie, ale dla mnie to taki drugi św. Filip Neri. Boży pasjonat”.

Odejście na spotkanie z Panem

Ostatnie lata życia mijały na chorobach. Stopniowo musiał zrezygnować z funkcji proboszczowskich i wypraw. Otoczony przez swoje duchowe dzieci i przyjaciół (czuwał przy nim ks. Teofil Górny), umarł 19 kwietnia 1993 r. w Araguainie. Miał 74 lata; 46 lat – profesji zakonnej i 38 kapłaństwa. Do końca wierny swojej życiowej zasadzie: stać się wszystkim dla wszystkich. Ks. Pattarello nie wahał się nazwać go Męczennikiem Kościoła, bo spalał się na rzecz każdego brata.

Zamiast zakończenia

Fragment z artykułu napisanego przez ks. Patarello – długoletniego Prowincjała księdza Świderskiego. Tłumaczenie: ks. Teofil Górny.

Zamienia ziemię walki na niebo odpoczynku i chwały. Usłyszał głos Pana: przyjdź sługo dobry i wierny, aby posiąść Królestwo. I wstąpił do Tego, który jest prawdziwym żywotem. Jednakże nasz brat nie umarł, gdyż obraz jego pozostał żywy w naszych oczach i sercach. Twarz wymizerowana, prawie umęczona, pomimo że wyglądał zawsze młodzieńczy i uśmiechnięty. Wpatrzony w niebiosa – chwaląc Boga i błagając o pomoc dla ziemi a specjalnie dla ludzi biednych cierpiących. Bóg i bracia, to przewodnia myśl pulsująca w duszy i w życiu księdza Stanisława. Istota porywająca i szlachetna. Znak Boga w czasie, który rozwija się w toku wydarzeń między dwoma biegunami. Narodzony w Polsce w 1918 r. i powrót do Ojca – Brazylia 1993 r.

(…) Jego charyzmat – papież; jego misja – biedni Boga; jego mistycyzm – krzyż Chrystusa; jego ascetyzm – modlitwa i praca. (…) Słuchając głosu powołania do ewangelizacji poszedł śladami don Orione. (…)

Trudno było nadążyć za jego dynamizmem, który okazywał, działając w różnych częściach misji. Łatwiej jest opisać dzieła jego serca i rąk, niż uchwycić nić wewnętrznej żywotności i potęgę ducha w realizacjach apostolskich. Zawsze był przyjacielem dla wszystkich, specjalnie dla najbiedniejszych, których wspomagał chlebem i był podporą. Żył jak gdyby w namiocie Boga, który był domem dla wszystkich, gdzie nie było drzwi, a wstęp był wolny, tak w dzień jak i w nocy. Jego nauczanie było jak miłość Chrystusa, która pokrzepiała wszystkich.

Autor: Grzegorz Kiciński, Orione